Bieszczadzkie wyzwanie – Solina

W związku z tym, iż rok jest intensywny wędkarsko, wspólnie z rodziną stwierdziliśmy że jedziemy w tym roku na jezioro solińskie.

Od razu pomyślałem sobie, że będzie to mega wyzwanie, bo z tego co wcześniej wiedziałem o tej wodzie wynikało, iż jest nieprzewidywalna, oraz bardzo trudna technicznie.

Nadszedł czas wyjazdu wakacyjnego i zaczęły się pierwsze problemy. Jak tu spakować tyle bagaży do samochodu. Szybka decyzja i ustalenie wraz z rodziną – pożyczam busa od kolegi i wtedy wszystko można zabrać.

Po dotarciu na miejsce w pierwszej kolejności idę sprawdzić miejscówkę. I tu kolejny problem – woda na jeziorze jak na tą porę roku, a był lipiec, okazała się bardzo wysoka i nie było praktycznie miejsca na brzegu do rozbicia obozowiska. Na szczęście 10 metrów powyżej były prywatne półki przygotowane pod campingi i jedną z nich udało mi się wynająć. Widok z niej aż zapierał dech w piersiach. Klify , lasy , cisza i spokój oraz potężna połać wody do obłowienia. Do wieczora udało mi się rozbić obóz oraz przesądować dno zbiornika. I tu zaskoczenie gdyż poza dwoma spadami zaraz przy brzegu miałem ponad 200 metrów blatu przed sobą i dopiero na 260 metrze koryto Sanu i kilka półek. Zatem jeden zestaw będzie na około 50 metrze a drugi w korycie.

Na Solinę zabrałem ze sobą sprzęt do zadań specjalnych czyli, wędzisko C3 RAS o ciężarze wyrzutu 3,25 lbs i długości 12,6 ft, kołowrotek Okuma Aventa 10000 oraz drugi bardziej finezyjny, ale równie mocarny Okuma Trio Rex. Żyłka ze względu na duże dystanse oraz nie do końca wiadome mi dno 0,37 z nowej serii Buldozer. Musiała sobie poradzić w tych warunkach. Co do przynęt na tej zasiadce, chciałem przetestować dwa nowe produkty kulek zaprzyjaźnionej firmy RK Baits – Squid-pomarańcz oraz orzech tygrysi. Obfite nęcenie wcześniej wyznaczonych na echo celów i około 19 mamy zestawy w wodzie. Godziny mijały, a na wodzie totalna cisza.

Co jakiś czas przychodzili do mnie wędkarze, którzy łowili w okolicy i pytali co słychać . Ale niestety tak u mnie jak i u nich nic się nie działo. Martwiło mnie także to , że na wodzie nie było widać spławów karpi lecz tylko gonitwy bolenia za drobnicą. Po dwóch dobach bez kontaktu z rybą delikatna korekta w taktyce. Zaczynam nęcić przy wywózce punktowo i przy każdym zestawie do PVA dawałem pokruszone wcześniej kulki oraz niedużą ilość ziarna.

Już popołudniu tego samego dnia mam potężny odjazd z ponad dwusetnego metra. Zacięcie i czuję , że po drugiej stronie jest mocny przeciwnik. Ze względu na to, że łowiłem na wzniesieniu i musiałem zejść na dół dość spory kawałek popełniam dziecinny błąd i daję rybie trochę luzu. Po chwili czuję, że puściła. Dochodzi do mnie, iż to mogła być jedyna szansa na fajną rybę, ponieważ po rozmowach z miejscowymi, a także wczasowiczami każdy – jak jeden mąż stwierdzają, że jest strasznie słabo w tym rejonie z karpiami. Pomyślałem sobie, że ostatnią rzeczą, jaką mógłbym zrobić, to się poddać. Przecież to dopiero 3 doba łowienia, a jeszcze kilka przede mną.


Następnego dnia nad ranem kolejny problem. Pomijając, że codziennie po kilka razy trollingowcy zwijają mi zestawy zahaczając o moją żyłkę, to teraz jeszcze blisko przepływające jachty kilka razy mi ją przecieły. Cóż na szczęście wziąłem ze sobą spory jej zapas. Nie obyło się także bez wplatania się w żyłkę lądującego bociana, którego trzeba było ratować, bo biedaczek by się utopił.

W czwartej dobie zaczęły brać leszcze, a w związku z tym, iż na bliższym zestawie przez te dni wsypałem około 15 kg ziarna było to nieuniknione. Jak to mówią na bezrybiu i rak ryba, to i one mnie trochę ucieszyły. W ciągu zaledwie kilku godzin na brzegu melduje się kilkanaście dorodnych „lesławów”. Jedyny plus jaki z tego był, to radość mojej córki, że tata wyciąga rybę za rybą.

Niestety pomimo szczerych chęci, kombinowania, zmian taktyki, różnorodnej aury oraz mojej nieustępliwości nie udało się złowić wymarzonego solińskiego karpia. Jedyne czego z pewnością nie mogę sobie zarzucić, to że nie spróbowałem i nie podjąłem wyzwania. Było to 6 dni na totalnie dzikiej, nieznanej wodzie i cudownym otaczającym mnie bieszczadzkim klimatem. Pomimo, że tym razem nie udało się z pewnością tu wrócę by wyrównać rachunki z karpiami, które nie dały mi się tym razem przechytrzyć.

Do zobaczenia kiedyś Solino.

Łukasz Małodobry