Gosławickie marzenia

Moja weekendowa zasiadka na łowisku Gosławice była zaplanowana z dużym wyprzedzeniem.

Wybór terminu 27-30 kwiecień nie bez powodu. W założeniu koniec kwietnia powinien zapewnić dobrą pogodę a ryby w tym okresie powinny dobrze żerować. O tej porze na łowisku nie ma jeszcze dużo zielska dzięki czemu można poholować ryby z brzegu.

Plany a rzeczywistość, to jednak dwie różne rzeczy. Już na tydzień przed planowanym wyjazdem prognozy nie wyglądają optymistycznie. Wiosna w tym roku płata figle. Pogody niestety nie możemy sobie zaplanować więc trzeba przyjąć to co nam natura da. Kilka dni przed przyjazdem przygotowuje świeże kulki zanętowe w kilku opcjach zapachowych, oraz kilka porcji różnych „rarytasów”, które zawisną na włosie. W środę wieczorem przygotowuje ziarna i pakuje samochód. Wyjazd nad tą wodę wymaga zabrania praktycznie całego ekwipunku. Co prawda każde stanowisko jest wyposażone w łódź, jednak zdecydowanie polecam zabranie pontonu, którym robimy dużo mniej hałasu na wodzie.

Czwartkowy poranek pora wyruszać. Po drodze jeszcze zapakować mojego kompana wyjazdu wraz z jego dobytkiem. Przed nami blisko 500km trasy, której blisko połowę pokonujemy w towarzystwie padającego deszczu ze śniegiem i śniegu… Dopiero kilkadziesiąt kilometrów przed naszym celem pogoda się poprawia, a my łapiemy odrobinę optymizmu. Na łowisku jesteśmy mocno po południu. Rozbicie namiotów, przyszykowanie sprzętu, sondowanie łowiska zajmuje nam trochę czasu dopiero około godziny 18:00 ostatni z naszych 6 zestawów ląduje w wodzie.

Pomimo, iż w tej chwili faktycznie nie ma zbyt dużo zielska nie lekceważę przeciwników i nawijam po 20m strzałówki BULLDOZER MIMICRY GREEN GHOST o średnicy 0,55mm. Zestawy opieram na bezpiecznym klipsie również w kamuflarzu MIMICRY. Przypony wykonuje z miękkiej plecionki SUPER SNAKE o wytrzymałości 35lb, kończąc zestaw hakiem nr 6 z seri XC1. Zamiast ciężarka stosuję kamień na gumce.

Zbieramy informacje, co dzieje się na wodzie. Do dnia dzisiejszego ryby niezle współpracowały, niestety nas czeka potężny spadek ciśnienia z piątku na sobotę. Zmęczeni po całym dniu udajemy się na zasłużony odpoczynek. Około 2:00 w nocy budzi mnie centralka. Z doświadczenia przygotowujemy ponton, jednak ryba pozwala się powoli holować do brzegu, zwiedzając co chwile kępy zielska. Po kilkunastu minutach w podbieraku lądujemy kilkunastokilogramowego karpia. Dopiero w kołysce okazuje się jaka piękność zawitała na naszym brzegu. Pięknie ułuszczony lampas. Ryba godna dobrej sesji zdjęciowej, więc za zgodą kierownika łowiska poczeka do rana w worku karpiowym. Zestaw wraca na swoja miejscówkę, a my zakopujemy się z powrotem w śpiwory. Rano przyjeżdża w odwiedziny naczelny portalu Carppassion.eu Daniel Kruszyna, dzięki którego uprzejmości powstaje świetna sesja z lampasem w roli głównej. Kolejna doba to wspomniany spadek ciśnienia. Praktycznie cały piątkowy dzień sygnalizatory na większości stanowisk milczą jak zaklęte. Nocka przynosi branie u kolegi. Nie wygląda to wszystko optymistycznie.

Całą sobotę zastanawiam się, co zrobić by przełamać złą passe. Większość ryb na innych stanowiskach jest łowiona z dołków których w naszym rejonie nie ma. Oczekiwania mieliśmy większe. Jednak, jak widać nawet na takiej wodzie z dużą populacją ryb można dostać prztyczka w nos. Wyciągamy kilka wniosków. Nęcenie kukurydzą i jasnymi kulkami daje taki efekt, że cały dzień mamy w łowisku stadko dzikich kaczek nurkujących i wybierających zanętę z naszych miejscówek. Na stanowisku naprzeciwko jest głęboczek, w którym prawdopodobnie skupiły się ryby, jednak musimy je jakoś wywabić. Do tej pory stawialiśmy zestawy bardzo punktowo z niewielką ilością zanęty, ze względu na temperaturę wody nie przekraczającą 10 stopni. Postanawiam iść vabanque i na wieczór zestawy zasypuje dużą ilością rzepiku i kulek o aromacie korzenno/przyprawowym, wszystko to zalane zalewą squid/orange, a na zestawach zakładam bałwanki z w/w kulek których używam do nęcenia i pomarańczowych pop up o zapachu squid orange. Temperatura spada coraz bardziej, więc zamiast wieczornych posiadów zakopujemy się szczelnie w śpiworach.

Godzina 1:00, centralka sygnalizuje krótki odjazd. Podnoszę kij, jednak czuje, że ryba już gdzieś się zakopała. Wypływamy więc w stronę markera. Po drodze wysupłuje ze strzałówki kawałki zielska i dopiero będąc nad rybą podciągam ją do góry. Zawodnik po drugiej stronie ripostuje pięknym odjazdem. Ryby są tu naprawdę silne i wprowadzenie ryby do podbieraka zajmuje nam trochę czasu. Tym razem piękny mocno zbudowany golec, o typowo dla tutejszych ryb ciemnym, prawie czarnym umaszczeniu. Wywózka w to samo miejsce wraz z donęceniem rzepikiem i kulkami i wracam przemarznięty do namiotu. Jestem zadowolony, jednak nie jest to jeszcze ryba dla której przejechałem pół Polski… Jestem jednak dobrej myśli.

Godzina 5:00, pojedyncze piknięcia na wywiezionym zestawie. Serce mi skacze, wiem że może to oznaczać tylko dwie rzeczy: leszcza lub rybę po którą tu przyjechałem. Duże karpie często nie robią odjazdu tylko stoją i próbują wypluć zestaw. Podcięcie ze względu na 150m dystans i czuje po drugiej stronie „parowóz”. Wiem, że pośpiech nie jest wskazany, więc spokojnie redukuje dystans dając rybie się wyszaleć. W okolicach pomostu ryba robi odjazd w stronę trzcinowiska. Jednak mam już na kołowrotku nawój strzałówki a paraboliczny kij C2 Natura FC o krzywej ugięcia 2.75lbs ładnie gasi zapędy przeciwnika. W końcu kolega sprawnie ląduje rybę w podbieraku z tekstem „masz to po co przyjechałeś” Zaglądam do podbieraka. W świetle czołówki pojawia się połyski pięknych złotych łusek. Jeeeeeeeeeest!!! Marzyłem o gosławickim pełnołuskim! W dodatku już na oko widzę że jest to ryba około 20kg. Oddaje miejscówkę koledze. Nie muszę już wywozić zestawu. Ryba czeka w worku na trochę lepsze światło. Jest przepiękna idealna w każdym calu. Taka jaką sobie wymarzyłem. Waga pokazuje 21.20kg po odjęciu worka pewne 19.5kg. Po raz kolejny Gosławice obdarowały mnie rybą życia. Dopiero teraz uświadamiam sobie jak jest zimno. Pomost jest oblodzony a krople wody na narzucie namiotu zamieniły się w kryształki lodu. To niewiarygodne ze udało się złowić tą rybę w takich warunkach. Czas na pakowanie. Niedługo zagościmy tu znowu. Może aura będzie łaskawsza a ryby bardziej aktywne.

Do zobaczenia,
Dawid Starzyk