Jesienne zmagania, w dwóch odsłonach

W połowie września cała ekipa Prologic Polska spotkała się nad wodą.

Wcześniej wytypowanym zbiornikiem na nasze jesienne spotkanie, było łowisko specjalne Starorzeka w miejscowości Olza.
Razem z Marcinem byliśmy już tutaj w zeszłym roku i tak nam się spodobało, że stwierdziliśmy iż napewno tu wrócimy.


Łowisko jest bardzo trudne technicznie, dno jest w większości muliste z małymi utwardzanymi placami. Mnóstwo zawad, konarów i powalonych drzew daje rybom przewagę nad wędkarzami. Do tego regulamin, który wyklucza haczyki z zadziorem, strzałówki i leadcory z pewnością nie ułatwia holu ryby w tak trudnych warunkach. Żebyście mnie źle nie zrozumieli, to wcale nie są wady i nikt nikomu tym nie robi na złość. Po prostu taka charakterystyka łowiska sprawia, że w przypadku zerwania się karpia ma on szansę na przeżycie, co jest chyba dla nas karpiarzy najważniejsze. Dodam jeszcze tylko że każdy wędkujący musi posiadać ze sobą ponton, gdyż po prawie każda rybę trzeba popłynąć. Także znalezienie miejscówki do postawienia zestawu bez pontonu jest niemożliwe.

To tyle jeżeli rozchodzi się o podstawowe sprawy dotyczące łowiska. Teraz przejdźmy już do samej zasiadki. Po przyjeździe na miejsce wytyczyliśmy sobie dwa stanowiska i podzieliliśmy się na dwie grupy. Na stanowisku numer trzy zasiedli Sebastian i Dawid, a ja z Marcinem próbowaliśmy swoich sił na stanowisku piątym. Do obłowienia mieliśmy naprawdę dużą ilość wody. Czas szybko uciekał, a przygotowanie obozu oraz znalezienie fajnych miejscówek i postawienie zestawów zajęło nam około 6 godzin. Dopiero późnym popołudniem pierwszej doby zasiadki mogliśmy spokojnie usiąść i porozmawiać o taktyce na ten wspólny wyjazd. Moja była bardzo prosta, tak mi się przynajmniej wydawało…

Jest jesień więc nie będę sypał dużo, a na włos pójdą małe przynęty. Tym razem łowiłem na trzy takie same zestawy. Począwszy od kijków do których jestem mega przekonany, czyli Prologic C3 RAS 12,6 ft i 3,25 lbs , kołowrotków Okuma Trio Rex z żyłką Bulldozer i zestawem końcowym z przyponu Razor K Link i haka w rozmiarze 4 – XC 2, oczywiście bez zadziora. Na dwóch włosach kulka o smaku morwy, a na jednym 3 ziarna kukurydzy o smaku truskawki z Carp Old School, którą tutejsze karpie bardzo dobrze znają. Oczywiście wszystkie zestawy umieszczone w tak zwanych bankówkach, czyli albo przy zawalonym drzewie, lub przy podwodnych krzakach.


Pierwsza doba minęła bez jakiegokolwiek kontaktu z rybą, tak u nas, jak i u naszych kolegów obok. Pogoda wydawać by się mogło idealna – temperatura powietrza około 16 stopni, a wody w okolicach 14 stopni. Ciśnienie stabilne od dwóch dni, do tego wiaterek – delikatny, w naszą stronę. Jedyne co mogło martwić to bardzo mała ilość spławów na wodzie. Ja i Marcin jednak doskonale wiedzieliśmy że tak właśnie jest na Starorzece. Rybę trzeba tu znaleźć, wypracować i wysiedzieć. A nauczeni poprzednim wypadem wiedzieliśmy że się to nam uda.

Nastał piątkowy wieczór i zaczęło się coś w końcu dziać. Najpierw u kolegów potężny odjazd, ale po dopłynięciu okazało się, że zestaw jest pusty i za to wplatany w podwodną zawadę. Parę minut przed północą dwa brania – jedno u mnie, a drugie u Marcina. Niestety skończyły się one bez kontaktu z karpiem. Doszliśmy zatem do wniosku, że ryby pobierają pokarm bardzo ostrożnie i najwidoczniej ciągną za samą kulkę. Toteż od soboty skróciliśmy trochę nasze włosy, pozostawiając maksymalnie do jednego centymetra od kulki do haka.

Popołudniu pełni nadziei siedząc w namiocie słyszymy nasza ulubioną melodię, czyli dźwięk centralki. Zestaw był wywieziony jakieś 40 min temu i to w całkiem nowe miejsce. Wskakujemy w ponton. Po przepłynięciu kilkudziesięciu metrów okazuje się, że w żyłkę wplatała się kaczka. No tego jeszcze nie „grali”. Było to dla nas zabawne, ale także byliśmy troszkę zawiedzeni, że to nie nasz upragniony karp. Odplataliśmy ja z żyłki i wróciliśmy robić na nowo zestaw. Do końca dnia jak i w nocy niestety kompletna cisza.

W sobotę nastąpiła zmiana pogody. Ciśnienie zaczęło gwałtownie spadać w dół i przywitał nas deszcz, który towarzyszył nam do samego końca. Nie wpłynęło to może negatywnie na nasze brania, których i tak było jak na lekarstwo, ale spowodowało przesunięcie się rzęsy na nasze stanowiska. I tak u chłopaków na całej wodzie powstał tak zwany kożuch. Co prawda wypracowali kilka brań, ale przy podpływaniu do ryby i ściąganiu zestawu na szczytówce robił się pęk z roślin, który znacznie utrudniał zwijanie żyłki. Przez to ryba dostawała za dużo luzu i wiecie jak to się kończyło. Nikt jednak nie mówił, że będzie łatwo.

W ostatniej dobie u mnie jak i u kolegów ze stanowiska numer trzy po dwa brania. Niestety i tym razem karpie nas przechytrzyły. Czy coś robiliśmy źle? Nie wydaje mi się, że czterech wędkujących z niemałym doświadczeniem i własnymi pomysłami popełniło naraz tyle błędów. Po prostu tym razem nie dane nam było spotkać się z rybami i porobić z nimi pamiątkowe zdjęcia. Czasami tak bywa… Nie zawsze to my wychodzimy z tego boju zwycięsko, a tym razem to one były sprytniejsze a nie my.


Nie byli byśmy sobą, jakbyśmy kilka dni później z Sebastianem nie wrócili zrewanżować się. Przyjechaliśmy na dwie doby z założeniem, że musimy dorwać tego, który tak przed nami uciekał na ostatniej zasiadce. Troszkę zmieniliśmy taktykę i posypaliśmy mocniej ziarnem. To zaowocowało braniem w drugiej dobie naszego rewanżu na Starorzece.

Energiczny odjazd na pojedyncza kulkę w rozmiarze 18mm, położoną tuż przy zatopionym drzewie, spowodował u nas wzrost adrenaliny. Zatem wskazujemy w ponton i w ciągu dwóch minut jesteśmy na miejscu. Ryba wpłynęła w zatokę, ale jak nas tylko zobaczyła odjechała by znów zaparkować w tym drzewie, przy którym skusiła się na kuleczkę. Nie było innego rozwiązania jak wychylić się z pontonu i starać się ją odczepiać z podwodnych zawad. I tak kilka razy – bo jak już wychodziła na otwartą wodę, to po chwili znów wpływała pod drzewo. Po bodajże czwartym podejściu udało mi się skrócić do niej dystans i delikatnie pod wodą podłożyć pod nią podbierak. Głośne jeeeeest unosiło się na wodzie dłuższą chwilę, gdyż radość była nie do opisania. Wyczerpani około 20 minutowym holem wracamy do obozu.

Mamy go !!! Jest pięknie ubarwiony na złoto Common. Waga przekroczyła 18 kilogramów, co jest moim nowym rekordem karpia pełnołuskiego! Do tego z takiej wody, więc cieszyło mnie to podwójnie.

Nad ranem w poniedziałek, w świetnych nastrojach przyszedł czas na pakowanie obozu i powrót do naszych rodzin. Ten wyjazd jak i każdy na to łowisko wspominał będę jeszcze długo i z pewnością wrócę tu jeszcze. Być może po dwudziestkę? Czas pokaże. Jedyne co na koniec mogę powiedzieć to, pamiętajcie żeby nigdy się nie poddawać i walczyć do końca, bo zawsze gdzieś pod wodą czai się ten nasz upragniony. Tym razem to my byliśmy górą.

Z pozdrowieniami,
Łukasz Małodobry

Na marginesie musimy Wam dodać, że cała opisana tu zasiadka została uwieczniona przez HOOKA.tv. Zapraszamy do obejrzenia tego bardzo emocjonującego filmu!