Kaszubskie tarło

Planując urlop w tym roku długo zastanawiałem się co wybrać.

Jednak po zeszłorocznym pobycie na jeziorze Krążno, którym tak się zachwyciłem zdecydowaliśmy z żoną, że wybierzemy się tam wspólnie.


Termin co prawda nie zupełnie wakacyjny, bo sam początek czerwca, ale za to najdłuższe dni, stabilna pogoda, wysokie temperatury w dzień i znajomi, którzy także w tym terminie będą koło nas. Rezerwując stanowisko już jesienią 2018 roku sugerowałem się opiniami stałych bywalców i dlatego wybór padł na numer 12. Dlaczego? Odpowiedz jest prosta. Zatoka, a co za tym idzie cieplejsza woda, ale także dostęp do głębszej partii, czyli 5-8 metrów. Szykowały się także upały, które podczas naszego pobytu mocno dały się we znaki. Przez cały tydzień naszej zasiadki temperatury w dzień to około 30 stopni Celsjusza, a w nocy 20 stopni.

Nad jezioro Krążno ze Śląska dotarliśmy w niedzielę do południa. Właśnie zakończyły się tam zawody i informacje jakie nam przekazano nie były dla nas pomyślne. Przez cztery doby na 12-stce ani jednej złowionej ryby. Nie raz spotykałem się już z takimi sytuacjami, więc za bardzo się tym nie przejmowałem, w końcu trzeba zrobić swoje. Około godziny 13 zaczęliśmy szykowanie obozu, rozstawienie przyczepy, wypakowanie i rozłożenie zestawów zajęło nam 3 godziny, tak więc około 16:00 kije wylądowały w wodzie. Tym razem zdecydowałem się na wędziska Prologic Quasar K1 3,60m, 3.0lbs na których będę łowił z wywózki oraz Fast Water RS 3,60m, 3,5lbs do rzutu z PVA. Żona postawiła na Prologic C2 Natura FC 3,6m, 3.25lbs. Co do samych zestawów, obstawiliśmy wszystkie możliwe miejsca od 8 metrów do 1,5 metra w celu poszukiwania karpi. Z przynęt dominowały słodkie popki z Bandit Carp: ananas, gruszka i mleczna kukurydza oraz nowość hot chilli.

Nie musieliśmy długo czekać na pierwsze branie, bo już około godziny 19:00 u mnie na zestawie melduje się 13 kilogramowy ciemny lustrzeń. Czyli nie jest tak tragicznie jak opowiadali nasi poprzednicy. Ryba pobrała zestaw z głębokości około 5 metrów, więc jest to dla nas jakaś wskazówka, że może tam ich trzeba szukać. Kolejne branie z samego rana u Marty. Około 10:00 minutowy hol i jest mały 8 kilogramowy bączek. I jak się okazało, gotowy do tarła. Po tej rybie w poniedziałek popołudniu zaczęło się to czego nie chcieliśmy ze znajomym ze stanowiska numer 11, czyli „tarło karpia”.

Powiem wam szczerze, czegoś takiego jak tu na Krążnie nie widziałem. Zatoka aż się gotowała. Od samego rana do późnego wieczora trzcinowiska aż trzeszczały, a na płyciznach było widać piękne adorujące i goniące się okazy. O dziwo tego dnia doławiamy jeszcze dwa karpie w przedziale 10-11 kg, a kolega Rafał piękną 18 kilogramową rybę.

Po trzech dobach naszego pobytu o 5 rano, żonka ma potężny odjazd na tonąca pojedynczą kulkę mlecznej kukurydzy. Wyskakujemy z przyczepy, ja od razu ubieram wodery, żeby wejść do wody z podbierakiem, a Marta holuje do brzegu pięknego karpia. Po chwili podebranie i jest. Waga wskazała 12 kg co jest nowym PB Marty. Szybka sesja i stary dzikus wraca do swojego domu. O dziwo ta ryba pobrała pokarm spod samych trzcin i głębokości około 1,3 metra, czyli tam gdzie właśnie trwa intensywne tarło. Hmm, czyli jednak żerują. Może nie tak jakbyśmy tego chcieli, ale jednak. Zdecydowałem, że dwa zestawy do końca będę obstawiał tylko punktowo, a resztę będziemy wywozili z większą ilością wabiącego pokarmu. Wcześniej przygotowanych 50 kiełbasek z PVA Total Meltdown było strzałem w przysłowiową dziesiątkę.

Kolejna noc była niezwykle niespokojna gdyż w zatoce do samego rana buszowały karpie. Ciągłe popiskiwanie sygnalizatorów K3 oraz SNZ zmusiło nas to wyciągnięcia zestawów na te kilka godzin, aby można się było zdrzemnąć. Działo się tak dlatego, że co chwilę ryby płetwami jeździły po żyłce pociągając ją za sobą.

W czwartek udało nam się przechytrzyć kilka naprawdę fajnych ryb w tym pięknego pełnołuskiego Marty, który także był jej PB o wadzie 11,6kg oraz mojego grubaska o wadzie 15,5kg. Tym razem mój magiczny pop dumbels ananas na zestawie Ronnie Rig i haku XC7 w rozmiarze 4 okazał się kolejny raz bardzo skuteczny. Oba te karpie były rybami z niedużych odległości i nęcenia punktowego z rzutu. Jest to świadectwo, że nie wszędzie trzeba pływać modelami i łowić na dużych dystansach, wystarczy obserwować wodę i tam kłaść swoje zestawy, gdzie widać oznaki ryb.


Z czwartku na piątek w nocy kolejne dwie mniejsze ryby oraz nad samym ranem wisienka na torcie. I tu będzie dużo śmiechu. Na wędce mojej córki o godzinie 7 rano odzywa się sygnalizator. Dodam tylko, że moja ośmioletnia córka sama dobrała sobie przynętę i zarzuciła zestaw. Jeszce nie potrafi holować więc trzeba było ją wyręczyć, ale nie spodziewaliśmy się co ujrzymy za kilka minut. Marta holuje, a ja wskakuję do wody z podbierakiem. Zestaw był około 7-8 metrów od brzegu i pomyślałem sobie, będzie piękny lin, albo duży leszcz. Ku mojemu zdziwieniu koło moich nóg ukazuje się piękny karp. Ciężko go było podebrać, gdyż po kilkunastu sekundach był już na płyciźnie, ale jednak się udało. Weronika nie kryła radości, że u niej na wędce taka wielka ryba. Mała wędka Okuma, mały kołowrotek Okuma, mocna żyłka Prologic i niezawodny XC3 gwarancją sukcesu haha. Ponad 13 kg pełnołuskiego szczęścia i radość, która trwała cały piątek. Coś pięknego, kiedy widzi się najbliższe osoby, które z taką pasja i dumą robią to co i ja kocham, a jeszcze do tego czerpią z tego niesamowitą satysfakcję.

W sobotę zapowiedziane odwiedziny przyjaciół z Sopotu oraz z Zakopanego. Mamy więc czas na troszkę oderwać się od ryb, ale one nie dają nam spokoju. Dawid podczas swojego 5 godzinnego pobytu łowi dwa ładne karpie, a i mi przed samym wyjazdem udaje się złowić kolejnego najedzonego tarlaka.

Ostatnia noc i tak jak w zeszłym roku kiedy byłem tu pierwszy raz na Krążnie o godzinie 3:45 w nocy z zatoki melduje się ryba o pseudo ” Pasibrzuch “, która jest dobrze znana tutejszym stałym bywalcom. Największa ryba naszego rodzinnego wyjazdu miała 15,8kg i może nie była tak spektakularnym zakończeniem zasiadki jak ta jesienna w zeszłym roku, ale dała także dużo radości.

Nad ranem pakowanie i przed nami długi powrót, ale za to z uśmiechami na twarzy. Bardzo fajnie spożytkowany czas i spędzony razem, co jest chyba najważniejsze, gdyż nie mamy za wiele takich chwil w ciągu roku. Bez TV, komputera oraz oderwani od rzeczywistości na łonie natury, to jest coś, co kocham. Magia Kaszub, na które zawsze z chęcią będę wracał, bo to chyba jedno z moich ulubionych rejonów na mapie, a wędkowałem już w całej Polsce. Zresztą przekonajcie się sami i do następnego.

Łukasz Małodobry,
ProTeam Prologic Polska