Oszukać przeznaczenie

Okres wakacyjny to dla mnie pracowity czas, w którym ciężko wygospodarować kilka dni na dalszą eskapadę.

Dlatego nadszedł okres, aby poświęcić kilka wyjazdów na moje najbliższe wody, które dość dobrze znam i nie muszę tracić cennych godzin na dojazd czy rozpoznanie. Wody te są dość kapryśne, przez co mam na nich jeszcze nie wyrównane rachunki z kilkoma rybami których, nie udało się nigdy skusić do brania.


Gdzieś w toniach moich pobliskich żwirowni pływają sztuki godne okładek czasopisma. Tym razem wybór pada na jeden ze stawów prywatnych. Kameralna komercja, Dwa niewielkie stawy o różnym charakterze. Wybrany staw jest mało oblegany ze względu na porośnięte dno i dużą głębokość. Dzięki temu mam możliwość posiedzieć trochę w namiastce dziczy i mieć prawie całą powierzchnię wody do obłowienia. Ta woda to moje karpiowe przedszkole na którym stawiałem pierwsze kroki. Woda, która nieraz ciężko mnie doświadczyła ale można w niej liczyć na przepiękne ryby. Wiele się tu zmieniło na przestrzeni lat. Zniknęły przybrzeżne drzewa i krzaki wikliny zniszczone przez rodzinę bobrów. Miejsce krzaków zajęły polne trawy i kwiaty, a widok na góry i niesamowita czysta woda tworzą nadal niepowtarzalny klimat.

Nad wodą melduję się w piątek wieczorem. Sondowanie, postawienie markerów i wywiezienie zestawów zajmuje mi prawie dwie godziny. Tym razem postanawiam łowić w innych niż zazwyczaj miejscach na większych głębokościach w granicach 5m. Ostatni zestaw stawiam kilka minut przed burzą, która uniemożliwia mi rozłożenie obozowiska i noc muszę przespać w samochodzie.

Poranek wita mnie pięknymi widokami jak i kompletną ciszą na sygnalizatorach. Do popołudnia sytuacja się nie poprawia, więc postanawiam zmienić przynęty i na jednym zestawie ląduje delikatny przypon z dwoma ziarnami kukurydzy na krótkim włosie. Ku mojemu zaskoczeniu ledwie po 20 minutach od wywiezienia w miejsce gdzie przez blisko 20 godzin moczył się zestaw z moimi kulkami „pewniakami” następuje piękny odjazd. Podnoszę kij, podkręcam hamulec i nagle luz…Po zwinięciu ukazuje się przetarta plecionka przyponowa. Kamieniste dno, ostre kamienie, zdarza się… Jednak to branie mnie motywuje, postanawiam też wszystkie zestawy postawić na kukurydze. Drobna przynęta widocznie jest dla ryb mniej podejrzana. Niestety pech mnie nie opuszcza i do nocy zaliczam jeszcze 3 spinki. W końcu około godziny pierwszej w nocy, udaje mi się przełamać złą passę i po ekscytującej walce z pontonu udaję się wylądować w podbieraku piękną rybę o ciemnym umaszczeniu i charakterystycznych łuskach. Pozostawiam go w worku do porannej sesji zdjęciowej. Rano do kompletu doławiam sazana. Niesamowita ryba bez śladu po haku czy jakiejkolwiek skazy.

Wyjazd mogę zaliczyć do udanych bo nieraz z tej wody wracałem o przysłowiowym kiju. Tym razem jednak decyzja o zmianie przynęty pozwoliła na piękne zakończenie tego wyjazdu. Nie warto zamykać się w schematach i popadać w rutynę. Być może pozostanie przy kulkach na zestawach mogłoby się okazać przyczyną kolejnego wyjazdu bez brania. Może następnym razem ziarenka zwabią którąś z większych sztuk, które gdzieś w głębinach żwirowni czekają na szczęśliwy dzień.

Dawid Starzyk