Rewanż

Nasz sukces, lub porażka jest zawsze składową czynników które w całości decydują o losach zasiadek karpiowych.

Poza tym, co zafunduje nam natura w postaci warunków atmosferycznych i aktywności ryb, reszta zależy od naszych dobrych, lub złych decyzji.

Mój pierwszy wyjazd na Łowisko Starorzeka w ubiegłym roku był dla mnie i naszego Teamu przysłowiową lekcją pokory. Pogoda dała nam troszkę w kość, bo większość czasu padał mniej lub bardziej obficie jesienny deszcz. Wszystkie nasze brania kończyły się spinkami, co w połączeniu z aurą niezbyt podnosiło morale. Jednemu z nas – Łukaszowi, udał się rewanż w postaci pięknego karpia pełnołuskieg, którym podbił swój rekord życiowy. Ja na rewanż ze Starorzeką musiałem poczekać dobrych kilka miesięcy.

W tej wodzie pomimo, iż za pierwszym razem nie była dla mnie zbyt przychylna po prostu się zakochałem. Niesamowity klimat dzikiej przyrody, jakby wycięty z otoczenia pobliskiej cywilizacji. Bardzo długo zastanawiałem się gdzie popełniłem błędy i jak ich uniknąć, tym bardziej, że na ten wyjazd pojechałem bez towarzysza i każdą czynnością od wywózki po hol ryby musiałem sobie poradzić samemu.

22 lipca melduję się na stanowisku. Sprzęt muszę przenieść kilkadziesiąt metrów, dlatego ograniczam go do minimum. Wybieram rzeczy najbardziej kompaktowe. Moim domem na 4 dni jest namiot Commander Frame X1 w wersji 1 osobowej, który bez problemu mieści łóżko, fotel i bagaże serii Cruzade. jak i dodatkowe. niezbędne na zasiadce rzeczy. Po godzinie obozowisko jest ogarnięte, ponton przygotowany. pozostaje znalezienie odpowiednich miejscówek na położenie zestawów. Co na tym łowisku nie jest takie oczywiste, bo miejsc, które zachęcają jest po prostu dziesiątki. Po rekonesansie z opiekunem wody, Krzyśkiem typuje kilka interesujących miejsc. W czasie przygotowywania zestawów i zanęty obserwuje wodę, co ostatecznie decyduje o wyborze zatopionego drzewa, zatoczki między trzcinami z nawisem wierzb i otwartej wody z zatopionym cyplem. Ryby w tych miejscach pokazywały się regularnie dyskretnymi spławami i unoszącymi się z dna bąbelkami powietrza. Na dwóch zestawach lądują pływające dumbelsy o smaku ananasa i squida Bandit Carp, na przyponie Ronnie Rig z miękką plecionką, a na trzecim zestawie dwa ziarna kukurydzy Carp Old School podbite pływającą pianką.

Wieczór przynosi piękne branie amura, który po kapitalnej pół godzinnej walce z pontonu w końcu ląduje w podbieraku. Jestem zaskoczony, że tak szybko udało mi się wypracować rybę. Może tym razem woda postanowi mnie ugościć tak, jak sobie to wymarzyłem? Kolejne branie w nocy na ten sam zestaw pod zatopionym drzewem i kolejny amur, którym mogę się cieszyć na brzegu. Na kolejne muszę jednak trochę poczekać. Ryby przy upałach jakby nie chciały się schylić do dna, akcentując tylko swoją obecność drobnymi kręgami wody na powierzchni nad moimi stołówkami. Bardzo ostrożne nęcenie konopią z rzepikiem, odrobiną kukurydzy i peletu rybnego daje mi pewność, że ryby nie przekarmię i w końcu mój cukierek w postaci kulki popup zostanie pobrany przez rybę. Zmiana smaku z ananasa, na który zameldowały się dwa amury, na mojego ulubionego squida w końcu daje efekt. Poranny budzik wyrywa mnie ze śpiwora. Pomimo tego ryba stoi już zaparkowana w zaczepach. Pozostaje cierpliwe poszukiwanie żyłki i uwalnianie jej spod konarów przecinając ją i związując po każdym kolejnym. W końcu delikatne pulsowanie daje znak, że ryba jest nadal na zestawie. Wyprowadzenie jej w bardzo delikatny sposób z ostatniej zawady, po czym następuje odjazd na otwartą wodę. Ryba jednak nie daje za wygraną i próbuje za wszelką cenę zaparkować w kolejnych zaczepach. Kolejna długa walka, gdzie tracę poczucie czasu. Kiedy w końcu podbieram pięknego karpia ręce trzęsą mi się jak galareta.

Kolejne branie po równej dobie również świtem, tym razem z zatoczki, gdzie nie ma zawad co daje mi trochę cennego czasu na wypłynięcie pontonem, bo ryba po braniu kieruje się prosto w zatopione drzewa po drugiej stronie z taką siłą, że nie jestem w stanie jej w żaden sposób zatrzymać… Udaje mi się ją zatrzymać dopiero nad konarami. Jej siła jest brutalna, holuje ponton jak piórko i wywozi mnie, aż pod faszyny między sąsiednimi stanowiskami próbując uwolnić się w każdej dobrze jej znanej kryjówce. Jednak w końcu kapituluje i dostojnie wpływa do siatki podbieraka, który trzymam również ostatkiem sił. Wracam mozolnie do stanowiska i po wypuszczeniu ryby wypływam postawić zestaw, a przy okazji donęcam ziarnami zestaw pod drzewem, który stoi od poprzedniej doby. Kiedy po godzinie szykuje śniadanie kolejny odjazd właśnie z tego miejsca. Tym razem ja przegrywam walkę, wyciągając pusty zestaw.

Ostatnia noc przebiega już w ciszy przypominając mi, że ta woda rządzi się swoimi prawami i dała mi tyle na ile uważała. Na pewno tu wrócę zmierzyć się z nią po raz kolejny, by przeżyć następną przygodę.