Węgierskie niespełnienie

Już w październiku zeszłego roku wspólnie z kolegami planowaliśmy jakiś fajny wyjazd na 2017r.

Po głowie chodziło nam kilka zbiorników, ale po ustaleniach wybór padł na węgierskie Nagykallo Horgaszto.

Rafał, Tomek, Zbyszek i ja, bo taką ekipą mieliśmy się wybrać, zarezerwowaliśmy dwa łowne stanowiska 12 i 13. Zaletą tego łowiska jest to, iż na każdym ze stanowisk jest bogato wyposażony domek, pomost oraz łódka wiosłowa. W niedalekiej odległości pełny sanitariat oraz możliwość zamówienia posiłków. Zapowiadał się tygodniowy wyjazd z niemal bajecznymi warunkami, a dodatkowo należy pamiętać, że to zbiornik z dużą ilością dorodnego karpia i amura. Wspólnie stwierdziliśmy, że może być tylko dobrze.

Termin wyjazdu to początek czerwca, zatem jak na Węgry będzie na pewno po tarle. Temperatura wysoka, więc każdy z nas myślał o złowieniu ładnych ryb, ale także o zrelaksowaniu się i odpoczynku. 7 czerwca po spakowaniu wszystkich niezbędnych rzeczy wyruszyliśmy na dwa auta. Wyjechaliśmy o 4 w nocy, a na miejsce dotarliśmy około godziny 11. Troszkę musieliśmy poczekać, gdyż doba zaczyna się w południe. Nie był to problem, mieliśmy czas na rekonesans na łowisku. A na nim bogactwo kulturowe. W tym czasie byli tam między innymi: Czesi, Rumuni, Niemcy oraz Węgrzy. A ryby, hmmm – coś gryzie, ale bez szału, co nas troszkę zmartwiło.

Nadeszła godzina 12. Podjeżdżamy na nasze stanowiska, szybkie wyładowanie, uzbrojenie kijów oraz wysądowanie dna. O 16 mamy już zestawy w wodzie. Ja tym razem łowiłem na klasykę, czyli wędziska C3 RAS o długości 12,6 stopy oraz krzywej 3.25 lbs, przy czym na jednym z zestawów kołowrotek Okuma Aventa BF 10000, a na dwóch pozostałych Okumy Trio Rex. Decyzja podjęta na szybko, gdyż jeden z zestawów chciałem umieścić bezpośrednio przy zaczepach i tam musi być mocny sprzęt. Co za tym idzie żyłka główna 0,40 mm Mimicry Water Ghost XP, kilka metrów strzałówki 0,70mm, bezpieczny klips także z serii Last Meter Mimicry, a na końcu zestawu haczyk XC2 w rozmiarze 2. Pozostałe zestawy troszkę delikatniejsze, gdyż miały być ulokowane na otwartej, czystej wodzie. Wracając do samego wędkowania, pierwszy dzień minął nam na rozmowach i obmyślaniu taktyki. Każdy z nas ma niemałe doświadczenie, tak więc o końcowy sukces nie martwiliśmy się w ogóle.

W czwartek nad ranem Zafor złowił pierwszego karpia zasiadki, pięknego pełnołuskiego w granicach 10 kg, a kilka godzin później amura. U nas cisza, dopiero w późnych godzinach wieczornych u Rafała zameldowała się zmora tego wyjazdu czyli „Leszek”. W piątek było nieco lepiej, brania zaczęły się w nocy i tak Zbyszek wyciągnął kilka ładnych karpi w przedziale do 10 kg, oraz w samo południe pięknego amura o wadze 16,2 kg – jest to jego nowy rekord. Ja także zaliczyłem swoją pierwszą rybę, walecznego “pełnołuskacza” o masie 4,8kg. Niestety nie po to tu przyjechaliśmy i w dalszym ciągu liczyliśmy, że worek z prezentami w postaci dużych miśków nam się otworzy.

W sobotę usiedliśmy we wspólnym gronie i staraliśmy się dojść do tego, jakie popełniamy błędy, że ryby nie pobierają pokarmu regularnie, nie widać spławów i nie osiągamy oczekiwanych wyników. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że z rybą jest coś nie tak, co było zauważalne niemal u każdej złowionej ryby. Nie jesteśmy specjalistami, więc nie mogliśmy ocenić, co jest faktycznym problemem. Rafał w międzyczasie znowu zrobił rekonesans po całym zbiorniku i wieści okazały się nie optymistyczne. Ryba bierze, ale nie wszędzie i nie w takich ilościach jak każdy by tego oczekiwał. Jedna ekipa z Rumunii nie wytrzymała i dwa dni wcześniej zebrała się do domu. My uparcie stawialiśmy zestawy we wcześniej wytypowanych miejscach i nęciliśmy punktowo. Ale rezultaty średnie, gdyż poza kolejnym ładnym karpiem Zafora, o wadze ponad 14 kg, dołowiliśmy jeszcze tylko po kilka karpi koi w przedziale do 6 kg.

W niedziele zmiana pogody, z pięknej słonecznej na pochmurną i wietrzną. W tym upatrywaliśmy swoją nadzieję, że w końcu ryba się ruszy. Lecz tylko kilka ryb do 10 kilogramów wylądowało na macie, na naszych stanowiskach. Dopiero kilka godzin w poniedziałek poprawiło nam humory, każdy z nas dodał do swojego węgierskiego portfolio po kilka karpi, w tym Rafał w końcu swojego 10 kilogramowego lustrzenia, a Zafor i Zbyszek po jeszcze jednym amurze.

Na tej zasiadce próbowaliśmy wszystkiego. Łowiliśmy na pojedyncze popki, kulki zbalansowane, bałwanki, pojedyncze 14 tonące, 20mm, 24mm, oraz duże zestawy, gdzie lądowały dwie 24. Cokolwiek byśmy nie założyli ryby brały tylko z doskoku i chimerycznie.

We wtorek jednomyślnie stwierdziliśmy, że rekompensatą braku ryb, czyli generalnie tego, po co jeździmy na zasiadki, była wspaniała atmosfera, oraz nasza pogoda ducha, co jest niezwykle istotnym aspektem spędzania czasu nad wodą. A ryby? Duże ryby, bo małych było i tak sporo, będą następnym razem. O 10 spokojnie wyruszyliśmy w podróż do domu, tym razem inną drogą, podziwiając krajobrazy węgierskich winnic, oraz piękne słowackie Tatry.

Reasumując i kończąc naszą przygodę z Nagykallo Horgaszto, trzeba pamiętać, że pewnych sytuacji nie przewidzimy. Możemy tylko kombinować i nie poddawać się. Zawsze najważniejsi są ludzie, z którymi spędzamy czas nad wodą, oraz odpoczynek i obcowanie z otaczającą nas przyrodą. Cieszę się z tego tygodnia spędzone we wspólnym gronie. A duże ryby, hmmm – na nie jeszcze będzie czas i niejedna okazja.

Z pozdrowieniami,
Małodobry Łukasz